W bibliotece
I znów trafiliśmy do biblioteki. Tym razem było nieco lepiej, chociaż wciąż jeszcze nie idealnie. Wszystko dlatego, że spieszyliśmy się na zajęcia. No, ale jak się okazało, nawet w pośpiechu można wciągnąć w poszukiwania syna i razem znaleźć wiele fajnych książek.
Przekraczając próg biblioteki zaproponowałam synowi, byśmy tym razem książki wybrali razem. W odpowiedzi usłyszałam, że on woli sobie pooglądać dywan (ten Zygzakowy, o którym Wam pisałam przy okazji naszej pierwszej wizyty w bibliotece). Myślę, że ten ogrom książek trochę go przytłoczył, a tym razem był sam - bez łobuzerskiego wsparcia braci. Stanął więc i... gapił się w dywan. Normalnie ryknęłabym śmiechem, ale raz - w bibliotece należy zachować ciszę, dwa - nie miałam na to czasu. Podeszłam więc do półki z literą L i szybko wybrałam kolejną część przygód Maksa.
- To dla Młodszego - powiedziałam wkładając w dłoń Starszemu - jak myślisz spodoba mu się?
W tym momencie zaświeciły mu się oczy. Chyba zrozumiał, że skoro jest kolejna część Maksa, to i Emil jeszcze jakiś się znajdzie. Szybko wyszperałam więc i Emila.
- O to Ci chodziło? - zapytałam, bo wiedziałam, że nie bardzo chce się rozstać z poprzednim.
Już był kupiony. Wyciągnął do mnie rękę z uśmiechem.
- Tam możesz sobie usiąść i je obejrzeć - wskazałam stolik z kanapą.
Starszy dzielnie ruszył we wskazanym kierunku, a ja - zaczęłam się rozglądać. "Mało czasu, co tu wybrać?" - myślałam, zerkając na kolejne półki.
- Mamo, tę dużą - usłyszałam za swoimi plecami głos syna. Nim zerknęłam, szeroko się uśmiechnęłam. "A jednak! Udało mi się!" - pomyślałam w duchu i sięgnęłam po "tę dużą". Razem ją sobie przejrzeliśmy i... zaskoczyła nas zakończeniem, ale to już opowieść na inną recenzję. Napiszę tylko: tak, musiała iść z nami!
Kolejna też miała być duża. Pomyślałam jednak, że kierowanie się kwestią rozmiaru nie zawsze musi się sprawdzać. Spytałam więc syna, jakie książki by mu się spodobały. W odpowiedzi usłyszałam:
- Strrrraszne!
I już wszystko było jasne. Podeszłam więc do półki z literką G i z nadzieją zaczęłam szukać "Duszków, stworków i potworków" Doroty Gellner. Miałam na nie chrapkę już od dawna. Były! Zajrzeliśmy do środka i...
- Nie! - powiedział zdegustowany patrząc na słodkie grafiki.
Musiałam mu wewnątrz odnaleźć jakieś duchy i przeczytać fragment, by się zgodził. Nawet chętnie. Szukając Doroty Gellner, chwilę wcześniej i dwie półki wyżej trafiłam na coś jeszcze. Teraz po to coś sięgnęłam. To była "Księga czarownic" Zbigniewa Dmitrocy. Ledwie zajrzał do środka i zaraz krzyknął:
-Tak!
I tak oto bibliotekę opuściliśmy z pięcioma pozycjami. Wychodząc, zapytałam:
- I co, fajnie było?
- Nie, bo musiałem oddać Emila.
- Ale masz drugiego.
- A jak go oddam wezmę tamtego. I tak wkoło! - dodał już uradowany.
Bo co jak co, ale biblioteki nie da się nie lubić! :)
I my uwilbiamy ;)))
OdpowiedzUsuńTylko rozpaczam nad tym,że u nas mozna wziąć tylko 3 ksiażki jednorazowo :(
Bedziemy musieli co kilka dni chodzić wymieniać...
świetne wybory!
OdpowiedzUsuń