Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Asiunia - Joanna Papuzińska

W codziennym zamieszaniu prawie zapomniałam jaki mamy dziś dzień. Najpierw przypomniała mi o tym wywieszona na bloku flaga, choć zapewne, gdyby nie Starszy przeszłabym obok niej obojętnie. Później - wyjąca syrena. Od niej zaczęła się nasza dzisiejsza rozmowa o Powstaniu Warszawskim.

- Kochanie, słyszysz? Syrena. To na pamiątkę Powstania Warszawskiego. 
- Mmm - widzę brak zrozumienia w jego oczach. 
- Pamiętasz Asiunię? Takie same syreny wyły, kiedy nadlatywały samoloty i zrzucały bomby.
- Yyy - widzę lekkie przerażenie w jego oczach. Cóż, chyba nie najlepiej zaczęłam.
- Dziś wyją one dlatego, by uczcić ludzi walczących w Powstaniu. - próbuję załagodzić.
- Eeee - słyszę płacz. Nie ma to jak delikatnie podejść do sprawy. 
 
Zaczynam więc raz jeszcze:
- Kochanie, pamiętasz jak miałeś urodziny. Przyszedłeś na świat już jakiś czas temu, a my spotykamy się raz w roku żeby to uczcić. Tak jest z Powstaniem Warszawskim. Ono też dziś obchodzi swoje urodziny. I tak jak my Tobie śpiewamy "Sto lat", tak dziś taką pamiątkową pieśń Powstania wygrywają syreny. - uśmiechnął się. Później jeszcze długo rozmawialiśmy, a na wieczór obiecaliśmy sobie przeczytać ponownie "Asiunię". W końcu kiedy będzie ku temu lepsza okazja, jeśli nie w rocznicę Powstania Warszawskiego.

Na "Asiunię" miałam chrapkę już od dłuższego czasu. Bałam się jednak, że mój starszy syn jest jeszcze za młody na tego typu lekturę. Któregoś dnia jednak w naszej rozmowie niespodziewanie pojawił się temat wojny. Już nawet nie pamiętam przy jakiej okazji. Dość, że moje wyjaśnienia, zaciekawiły Starszego, a ja - widząc jego zainteresowanie - zaproponowałam, że kupimy książeczkę, która mu jeszcze lepiej wszystko wyjaśni. Niestety, nie znaleźliśmy jej w odwiedzonej tego dnia księgarni, więc złożyliśmy zamówienie w internecie. Dawno już nie widziałam, żeby Starszy, aż tak na coś czekał. W dniu, kiedy przesyłka dotarła, w pudełku było kilka książek, lecz wśród nich szybko odnalazł tę właściwą. Usiadł na kolanach odwiedzającej nas akurat babci i kazał ją sobie przeczytać. Przyznam szczerze, że chciałam to zrobić osobiście. Wciąż bałam się jego reakcji, chociaż sama książkę zdążyłam już przeczytać i nie znalazłam w niej nic podejrzanego. No, może była trochę zbyt trudna jak na 4-latka

Kiedy ja się zamartwiałam, babcia rozpoczęła czytanie. Starszy słuchał jak zahipnotyzowany. Jeszcze nigdy przy żadnej lekturze nie widziałam go w takim transie. Nie przerwał czytania nawet jednym pytaniem. Siedział, oglądał i słuchał, słuchał, słuchał. Oczywiście nie wszystko zrozumiał, ale na pytania przyszła pora przy wieczornej lekturze. Okazało się, że obawy mamy były niepotrzebne. Nawet rzeczy niezrozumiałe, udało się szybko i łatwo wyjaśnić, a po lekturze nie pojawiły się żadne lęki czy koszmarne sny. Może dlatego, że Pani Joanna Papuzińska, autorka, w "Asiuni" opisuje wojenne realia z perspektywy małej dziewczynki, jaką była, gdy wybuchła wojna. Jej wspomnienia, mimo otaczającej ją brutalnej rzeczywistości, są optymistyczne i łagodne. Przykładem może być scena zaginionej w czasie bombardowania babci, która kończy się zabawnym: "To co, mieliśmy kluski zmarnować?". Trudne tematy podejmowane są z niesamowitym wyczuciem. Jak choćby kwestie bombardowań, przesiedleń, brakujących ubrań czy pożywienia. Nawet zniknięcia mamy, która nie pojawia się na końcu książki, nie odbiera się jako utraty ostatecznej, bo powrót taty, czyli przedstawiciela rodziców, dziecko traktuje jako happy end.

To, co najbardziej spodobało mi się w tej książce, to zupełnie inny punkt widzenia. Nie patrzymy na wojnę od strony wielkich tego świata, nie widzimy walk, przelewanej krwi. Widzimy za to historię rodziny jakich wiele, która przypomina nam, że wojna to przede wszystkim większe i mniejsze dramaty zwykłych ludzi. Dotychczas mój syn wyobrażał sobie wojnę jako bezpośrednie starcie żołnierzy na polu bitwy. Dzięki Asiuni dowiedział się, że toczyła się ona także na ulicach jego miasta, że potrafiła wejść do domu, a nawet pozbawić kogoś domu zmuszając do tułaczki. Dla mnie najbardziej wymownym, a zarazem najbardziej wzruszającym fragmentem jest ten o niemożności wypicia mleka z własnego kubeczka. Doskonale rozumiem, jak dzieci potrafią przywiązać się do swojego ulubionego naczynia. Do dziś pamiętam płacz Starszego, gdy Młodszy stłukł jego talerzyk, a tu to naczynie jest z jednej strony tylko symbolem, a z drugiej - początkiem szeregu jeszcze gorszych zdarzeń, które nastąpią dopiero po nim.

Opozycją dla łagodnego tekstu, są bardzo wymowne, utrzymane w ponurej, wojennej kolorystyce ilustracje. Znajdziemy w nich to, co zostało niedopowiedziane w tekście. Zło, strach, miłość, wzruszenie, smutek i radość. Myślałam, że to, co najtrudniej zilustrować, to uczucia, a tu Pan Maciej Szymanowicz poradził sobie z tym  po prostu doskonale! Grafiki są tak wyraziste, że z jednej strony budzą w Starszym lęk, ale z drugiej - tak bardzo go wciągają, że czasem przegląda książkę tylko dla nich!

Dla zainteresowanych: tu znaleźć można ciekawy wywiad z autorką - Asiunia wspomina wojnę.

1 komentarz:

Znasz tę książkę? Lubisz ją? A może z jakichś względów Ci się nie spodobała? Podziel się ze mną swoją opinią, zostaw ślad. Niech wiem, że czytasz, że wracasz, że to co robię ma sens :)