Szukaj na tym blogu

sobota, 8 października 2011

Na dobry początek...

Kiedy dziecko po raz pierwszy chwyta w rękę kredkę, tak naprawdę już rozpoczyna swoją przygodę z pisaniem. Tak, tak - nawet pierwsze abstrakcyjne dzieła, są zaczątkiem do ćwiczeń sprawności dłoni, a ta przydaje się, gdy na papierze kreślimy swoje pierwsze literki. Warto więc już od małego podsuwać dziecku kredki (najlepiej ołówkowe - rysowanie nimi wymaga dużego nacisku, a tym samym dłoń przyzwyczaja się do początkowo dla niej ciężkiej i żmudnej pracy) i kartki, a z czasem - różnego rodzaju kolorowanki.

Na Starszym, który nie przepadał za kolorowaniem, przetestowaliśmy wiele różnych książeczek. Przy Młodszym, sięgnęliśmy już po te sprawdzone. Tak naprawdę nie liczył się tutaj tytuł, ale to, co kolorowanka zawierała wewnątrz. Na pierwszą próbę wybraliśmy duże, wyraźne obrazki z grubym konturem, które wymagały użycia jednego, góra dwóch kolorów np. niebieski wieloryb, czerwono-zielona truskawka. Muszę się jednak nieśmiało przyznać, że na starcie poszliśmy nieco na łatwiznę, wręczając dziecku - zamiast kredek - flamastry. Wyszliśmy z założenia, że na początku najważniejszy jest "fun" lub - jak ktoś woli po polsku - dobra zabawa. Młodszy był zachwycony. Każdą wolną chwilę wspólnie spędzanego urlopu wykorzystywał na tworzenie swych "arcydzieł", a do domu wrócił z wielkim zamiłowaniem do kolorowania (ha, nawet Starszego zmobilizował do pracy nad swoimi umiejętnościami!).

"Kolorowanka dla maluchów. Kolory" Wyd. Olesiejuk
Z przestawieniem się na kredki nie mieliśmy większego problemu. Flamastry bowiem mama chowa, a kredki - zawsze leżą na dziecięcym stoliku gotowe do rysowania (odpukać, zastosowanie w mieszkaniu zmywalnych farb sprawiło, że nie mieliśmy z nimi dotychczas większych problemów - oczywiście rysowania po ścianach zabraniamy, ale cóż to by były za dzieci, które nie stworzyłyby choćby jednego własnego fresku). Tym samym zmiana narzędzia pracy była niemalże automatyczna.

"Crazy Color. 3-4"
Kolejnym etapem w naszym kolorowankowym świecie było zwiększenie ilości barw. Wciąż pozostaliśmy przy dużych ilustracjach z wyraźną obwódką. Efekty były różne. Dzieła typu multikolor, często własny dobór barw - mama może czasem coś zasugerować, ale przecież nie chce zabijać kreatywności dziecka, no a poza tym od czegoś trzeba zacząć. 

Obecnie, gdy Młodszy dobija powoli do dwóch lat, sięgnęliśmy po pierwsze zorganizowane zadanka dla 2-latków. Takie głównie do kolorowania. Tu obrazki wciąż są duże i wyraźne, ale nie posiadają już tak grubych konturów, a między nimi przemyca się pewne edukacyjne treści (np. dźwięki wydawane przez zwierzęta, rozróżnianie zwierząt, części ciała, pór - dzień i noc) i... naklejki! Młodszy jest nimi zachwycony (zadankami oczywiście - choć naklejki też mają swój urok). Wreszcie może czynnie uczestniczyć w czymś, co dotychczas było zarezerwowane dla jego starszych braci.

"Zeszyt dwulatka" Wyd. Olesiejuk

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Znasz tę książkę? Lubisz ją? A może z jakichś względów Ci się nie spodobała? Podziel się ze mną swoją opinią, zostaw ślad. Niech wiem, że czytasz, że wracasz, że to co robię ma sens :)