Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 21 listopada 2011

Lulaki, Pan Czekolada i przedszkole czyli ważne sprawy małych ludzi - Beata Ostrowicka

Zeszły rok szkolny minął nam pod hasłem: "CHOROBY". Starszy praktycznie nie bywał w przedszkolu, bo każda infekcja kończyła się albo zejściem na oskrzela, albo zapaleniem ucha. Myślałam, że wszystko to zakończy się wraz z podcięciem migdałów, ale jak się okazuje... myliłam się! Co prawda nie walczymy już z tak poważnymi chorobami, mimo to wciąż trzymają się nas jakieś grypy, katary i inne takie. Istny koszmar! We wrześniu po dwóch dniach w przedszkolu, Starszy wrócił przeziębiony. Przez to miał 3 tygodnie przerwy. Później 2 dni w przedszkolu i znowu tydzień w domu. Najgorsze było to, że po takiej przerwie nie bardzo chciał wracać do kolegów. Dzieci dobrały się w grupy, a on... on wolał siedzieć w domu z mamą. Trzeba było szybko coś na to poradzić!

Pod koniec września, gdy Średni przygotowywał się właśnie do rozpoczęcia edukacji przedszkolnej (jest ze stycznia, więc zgodnie z przepisami mógł pójść do państwowego przedszkola dopiero w październiku), otrzymał ode mnie w prezencie książkę Beaty Ostrowickiej "Lulaki, Pan Czekolada i przedszkole". Kupiłam ją, bo słyszałam na jej temat wiele pozytywnych opinii. Niestety, okazało się, że Średniemu nie przypadła do gustu. Ponieważ leżała u niego w domu na półce, a Starszy miał problem z przełamaniem się do pójścia do przedszkola, pomyślałam, że spróbujemy. Pożyczyliśmy książeczkę i jeszcze tego samego wieczoru przystąpiliśmy do lektury. 

Było bardzo zabawnie! Niemal natychmiast imię głównego bohatera - Huberta, zmieniliśmy na imię Starszego. Czytaliśmy o poszczególnych częściach dnia, porównując je do tych z naszego życia przedszkolnego. Czytaliśmy o kolegach i koleżankach, nazywając ich znanymi z przedszkola imionami. Dzięki temu wszystko stało się takie bliskie i rzeczywiste, a na ustach Starszego nawet zagościł uśmiech. Obudzony następnego dnia przez książkowe Lulaki, nawet nie grymasił. Odtąd tata codziennie rano wykorzystuje tę metodę. 

Książka okazała się naprawdę bardzo fajna. Lęk przed przedszkolem minął, a w opowiadaniach syna z kolejnych dni pojawiało się coraz więcej imion kolegów i koleżanek. Mimo obaw, powrót do przedszkola okazał się lekki i przyjemny. Oby tylko kolejna przerwa nie trafiła nam się zbyt szybko!

Wracając do samej książki. Nie ma w niej niczego nadzwyczajnego - żadnych niezwykłych przygód. Ot, zwyczajny dzień z życia przedszkolaka. Pobudka, droga do przedszkola, śniadanie... wszystko dokładnie opisane - krok po kroku. To taki przewodnik dla młodszych dzieci, które jeszcze nie wiedzą, co je w przedszkolu czeka. Dzięki niemu pierwsze kroki w nowym miejscu nie są tak przerażające. Nasz przypadek pokazuje jednak, że książeczka przydaje się nie tylko na starcie. Może być pomocą po dłuższej przerwie, ale także - zwykłym zaczątkiem do rozmowy: o koleżankach, kolegach, przedszkolnych zamiłowaniach i problemach. Dzięki niej, sami możemy lepiej poznać własne dziecko!

1 komentarz:

  1. Mamy książkę "Bobek, wyprawa i rzeczy w sam raz" bardzo podobna,bo z tej samej serii :)

    OdpowiedzUsuń

Znasz tę książkę? Lubisz ją? A może z jakichś względów Ci się nie spodobała? Podziel się ze mną swoją opinią, zostaw ślad. Niech wiem, że czytasz, że wracasz, że to co robię ma sens :)